Maratony jeżdżę rzadko a jeśli już, to częściej na Słowacji niż u nas. Mimo to wybrałem się do Bukowiny Tatrzańskiej na zawody organizowane przez Lang Team. Jak było? Sprawdźcie tę garść wrażeń.

Prawdopodobnie nie wybrałbym się do Bukowiny gdyby nie fakt, że w tym roku mój blog i ja patronujemy imprezom Lang Teamu. Pewnie wymyśliłbym parę powodów, żeby nie pojechać. A teraz wiem, że bym żałował.

Bukowinę mam stosunkowo niedaleko, 100km od domu łapie się mniej więcej w połowę limitu, którego staram się nie przekraczać jeżdżąc na zawody rowerowe. Gdy przypomnę sobie, że parę lat temu przemierzaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, spędzając po dobrych kilka godzin z rowerami na dachu nie wyobrażam sobie, by teraz regularnie uczestniczyć w takich eskapadach.

W sobotni poranek “zakopianka” jest pusta, ale i tak wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej, żeby zaparkować w miarę blisko miasteczka zawodów, ustawionego przy terenie “Termy Bukovina”. Rejestrację załatwiliśmy szybko, ale przypomniałem sobie, że mając natłok obowiązków w ciągu tygodnia nie ogarnąłem tematu sektora startowego, więc mentalnie przygotowałem się na jazdę z końca stawki. Cóż, mój błąd.

Tak czy inaczej to było ciekawe doświadczenie, choćby z punktu widzenia “organizacyjnego”. Wygląda na to, że ekipa Lang Teamu opanowała temat startu z sektorów więcej niż dobrze: poza faktem, że de facto cały dystans pokonałem w formie indywidualnej “czasówki” zamiast bezpośrednio ścigać się z rywalami, start z końca nie był żadnym problemem.

Choć w maratonach ścigam się rzadko, jeśli już na jakiś się wybieram, są to zawody w górach. W Bukowinie trasa była dość nietypowa, bo wytyczona runda miała zaledwie ok. 20km, zatem na każdym z kolejnych dystansów (Mini, Medio, Grand Fondo, będące równocześnie Pucharem Polski) dokładało się jedno okrążenie. Mimo niewielkiego, jak na maraton dystansu, “było co jechać” z powodu bardzo uczciwego przewyższenia sięgającego 800m na okrążeniu (zatem n a 40km medio miałem 1600m w pionie!). Całość składała się z na przemian asfaltowych i szutrowych podjazdów oraz terenowych, leśnych i polnych dróg prowadzących w dół. Większość wzniesień była na 5-10 minut, mimo lokalizacji typowo górskiej, trasa wyszła bardziej interwałowa. No i było stromo, więc trzeba było mieć sporo pod nogą, by kolejne ścianki pokonywać w dobrym tempie.

Czas mijał, jechałem swoje, nie do końca tak żwawo jak bym chciał, wyprzedzając kolejnych zawodników startujących z wcześniejszych sektorów i na innych niż ja dystansach. Dojechałem, jak dojechałem i na tym można by skończyć temat, ale to mimo wszystko nie jest tekst o mnie ;), tylko o maratonie w Bukowinie.

I wiecie co? Mógłbym być niezadowolony ze swojej jazdy, bo powinno być lepiej. Mógłbym też sarkać, że znowu muszę poświęcić kilka dobrych godzin na serwisowanie rowerów, które dostały solidny wycisk, bo trochę mżyło i leśne drogi zrobiły się momentami mocno błotniste.

Ale z Bukowiny wróciłem zadowolony, mniej więcej tak, jak wracam zadowolony z maratonów na Słowacji. Wziąłem udział w naprawdę fajnym “evencie”, zawodach rowerowych, które są bardzo uczciwym, dobrze przygotowanym produktem. Ok, miałem pewne rozeznanie po krakowskiej “Skandii”, jednak tam zajmowałem się trochę czym innym i nie zwracałem uwagi na detale od strony stricte uczestnika.

Teraz wiem, że jeśli w przyszłorocznym kalendarzu będzie maraton w Bukowinie organizowany przez Lang Team, to się na niego wybiorę, bo było warto, bo wiem, że jako uczestnik jestem tam traktowany poważnie i z szacunkiem a to ważny element całej tej zabawy.

Dostałem konkretną, wymagającą trasę, którą obstawiała liczna ekipa ratowników i strażaków. Od pewnego czasu zwracam uwagę na takie rzeczy, więc fakt, że oprócz paru strzałek na drzewach widzę przy trasie ludzi a do tego oznaczono odblaskową farbą co większe kamienie w lesie daje mi pewność siebie i poczucie, że ktoś o mnie pomyślał (nawet, jeśli wykrzykników jest trochę za dużo a spiker przed startem nieco na wyrost straszy karkołomnością zjazdów).

Do tego miałem gdzie umyć rower nie czekając w kilometrowej kolejce, był dostęp do wody, do jedzenia dostałem kawałek grillowanego kurczaka a nie, jak to czasem bywa, rozgotowane kluchy a moja żona za miejsce na podium dostała naprawdę fajny zestaw giftów. Krótko mówiąc, profeska.

Inna kwestia, dzięki której wróciłem z Bukowiny w dobrym nastroju ma charakter bardziej osobisty. Mijając na trasie kolejnych zawodników nie spodziewałem się, że tyle osób pamięta mnie jeszcze ze “starych czasów” gdy regularnie startowałem w maratonach więc kilka miłych pogawędek albo chociaż wymienionych “cześć” było miłym akcentem po drodze. Nie zdawałem sobie też sprawy, że aż tylu maratończyków czyta mojego bloga, więc dzięki wszystkim za doping i ciepłe słowa, w tym na najbardziej stromych podjazdach, gdzie przecież nie zawsze łatwo jest wyartykułować składne zdanie ;)

Zdjęcie okładkowe: Szymon Gruchalski, materiały prasowe Organizatora

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments