Trzeci tydzień Giro d’Italia miał być decydujący i taki właśnie był. Vincenzo Nibali wytrwałością, odwagą i wytrzymałością wygrał swój czwarty wielki tour w karierze. Choć wiele osób krytykuje włoskiego kolarza, trzeba powiedzieć jasno: takich wyników nikt nie osiąga przypadkiem.

Urwana przerzutka podczas jazdy na czas do Alpe di Siusi była symbolem nienajlepszej dyspozycji późniejszego zwycięzcy całego wyścigu. W dwóch trzecich rywalizacji Nibali tracił do lidera, rewelacyjnego Holendra Stevena Kruijswijka prawie trzy minuty. Po dniu przerwy, na mecie “wariackiego” etapu 16. z metą w Andalo było to już 4’43”.

Post factum Vincezno Nibali wspomina, że zmagał się z problemami gastrycznymi, których nie ujawniał, by nie dać rywalom dodatkowej motywacji do ataku na swoją pozycję.

W całym 99. Giro d’Italia ważne było jednak co innego. Nibali od początku twierdził, że przygotowuje się tak, by jak najlepiej sprostać monstrualnym, dwóm ostatnim górskim etapom, których spora część trasy prowadziła powyżej granicy 2000m n.p.m.

Wygląda na to, że zarówno on, jak i jego trener Paolo Slongo podjęli w ten sposób pewne ryzyko, które zaowocowało dramatycznym przebiegiem wyścigu i zwieńczone zostało sukcesem.

Nibali próbował ataków już wcześniej, np. w Apeninach na Roccarasso, ale nie był w stanie zgubić rywali, co więcej, za swoje harce płacił stratami. Nazwijmy rzecz po imieniu: Włoch poruszał się jak mucha w smole, brak mu było dynamiki umożliwiającej zdobycie przewagi nad konkurentami.

Problemy zdrowotne i defekt na górskiej czasówce wzmogły presję i krytykę ze strony mediów oraz kibiców. Nazywany “Rekinem” kolarz nie poddał się, a gdy peleton dodatkowo wjechał powyżej granicy, gdzie pyłki roślin przestały powodować u Nibalego paskudny, alergiczny katar, był w stanie wywrzeć presję na rywali, którzy kolejni puszczali mu koło i popełniali błędy.

Dzięki temu, choć tempo jazdy na decydujących o wygranej podjazdach nie było szczególnie wysokie (czasy wspinaczek były gorsze nawet o kilka minut niż np. podczas Tour de France i na Giro w latach ubiegłych), to kumulacja zmęczenia z całego wyścigu, którą Nibali zniósł najlepiej zaowocowała przewagę niewielką, ale wystarczającą do zwycięstwa nad Estebanem Chavezem.

Niezmiernie istotny był również fakt obecności mocnych, podobnie wytrzymałych co ich lider i nad wyraz oddanych pomocników. Michele Scarponi “zrobił” sporą część wyniku Nibalego poświęcając szanse na zwycięstwo etapowe w Risoul gdy trzeba było “Rekina” przeciągnąć przez wielokilometrowe zjazdy i dolinę między przełęczą Agnello a ostatnim wzniesieniem etapu. W tym czasie osamotniony i zmarznięty Kruisjwijk popełniał kolejne błędy a Włosi z Astany powiększali nad nim przewagę.

Wytrzymałość, spokój i olbrzymie doświadczenie było również kluczem do sukcesu Alejandro Valverde. Szczerze mówiąc przed wyścigiem nie wierzyłem w Hiszpana, sądziłem raczej, że wygra jeden z początkowych etapów w stylu wiosennych “klasyków” a gdy peleton wjedzie w Alpy, lider Movistaru zgaśnie. Tymczasem “Piti” aka “Balaverde” utrzymał formę z kwietnia, wiedział, kiedy puścić koło, kiedy zminimalizować straty a kiedy opłaca się sięgnąć głębiej do rezerw i przycisnąć. Dzięki temu, w wieku 36 lat skompletował etapowe zwycięstwa oraz miejsca na podiach wszystkich wielkich tourów.

Podobną taktykę co Nibali i Valverde przez większą część wyścigu stosował Rafał Majka. Nie mając tak mocnych pomocników jak rywale z Movistaru i Astany jechał swoje, czekał na błędy rywali a gdy przed peletonem wyrosły przełęcze wysokie na 2700m, niczym najsolidniejsze z silników diesla jechał równo i bez wytchnienia po piąte miejsce w klasyfikacji generalnej. Śmiem twierdzić, że jeszcze jeden, monstrualny podjazd i Majka znalazłby się na podium, ale to oczywiście tylko gdybanie. Tak czy inaczej, zanotował kolejny znakomity rezultat w wielkim tourze. Dla przypomnienia: ma już na swoim koncie 7. 6. i teraz 5. miejsce w Giro d’Italia, 3. w Vuelta a Espana, trzy wygrane, górskie etapy w Tour de France oraz koszulkę najlepszego “górala” wielkiej pętli.

Dla porównania, Steven Kruijswijk, tak komplementowany za jazdę w tegorocznym Giro był 4. a w poprzednich latach 7. i 8. Nie wygrał też żadnego etapu wielkiego touru a od Rafała Majki jest o dwa lata starszy. Nie chodzi tu o nadmierne “dopieszczanie” Majki, lecz zwyczajne nazwanie rzeczy do imieniu. Polak zalicza się do ścisłego grona czołowych kolarzy specjalizujących się w wyścigach etapowych. Choć do najlepszych jak Froome, Contador, Nibali i Quintana nieco mu brakuje, należy docenić jego dotychczasowe osiągnięcia, które w połączeniu z młodym wiekiem dają imponujący obraz wciąż krótkiej kariery naszego zawodowca.

Jeśli miałbym znaleźć jedną, najważniejszą konkluzję podsumowującą 99. Giro d’Italia, to byłaby ona taka: włoski Tour to zupełnie inne ściganie niż Tour de France i Vuelta a Espana. To, co wystarcza do wygrania we Włoszech nie będzie działało we Francji. Doświadczenie Nibalego jest tu kluczowym argumentem. Rok temu zniszczony przez Team Sky na pierwszych, górskich etapach nie zdołał odrobić strat w końcówce wyścigu.

Na tegorocznym Giro wytrzymałość na ostatnich podjazdach była cechą decydującą o zwycięstwie. Mordercza trasa sprawiła, że poza czystym przelicznikiem W/kg znaczenie miało wiele innych elementów, co zaowocowało pięknym i dramatycznym wydarzeniem sportowym. I znów, tak jak w latach ubiegłych, ciężko będzie kolejnym wielkim tourom przebić Giro pod względem napięcia, jakie zaprojektowali twórcy wyścigu a które zrealizowali główni jego bohaterowie: kolarze.

Zdjęcie okładkowe: materiały prasowe RCS

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments