W ciągu każdego sezonu kolarskiego jest kilka takich momentów, gdy kibiców ponoszą emocje. Nie, nie wchodzą na meble i nie podskakują ekstatycznie wykrzykując nazwiska swoich idoli. Czy to na brukach Flandrii czy na przełęczach w Dolomitach czy na pirenejskich szczytach najlepsi kolarze świata są odsądzani od czci i wiary za nie dość dobrą jazdę.

Ogólnie rzecz ujmując fani wyścigów rowerowych prezentują wysoki poziom. Zazwyczaj nikogo nie chcą jebać, nie każą też nikomu wypierdalać, nie nazywają rywali pedałami, i nie wykrzykują rasistowskich haseł. Co więcej, nawet ci, którzy okazjonalnie oglądają kolarstwo mają całkiem sporą wiedzę o swoim ulubionym sporcie, orientują się w niuansach zawodowego ścigania a prowadzeni przez fachowych komentatorów są w stanie docenić kunszt zmagających się na szosie herosów.

Mimo to zawsze, ale to zawsze przychodzi chwila, że nie tylko “casualowi” kibice, ale i mniej lub bardziej poważni eksperci zaczynają deprecjonować wysiłek kolarzy. Owszem, daleko im do bluzgów, jakie rzucają pod adresem przegrywającej drużyny piłkarscy kibole. Brak szacunku wyrażany jest w bardziej wyrafinowany, kulturalny i mimo wszystko delikatny sposób, ale fakt pozostaje faktem.

Nie jestem entuzjastą powiedzenia przypisywanego Marco Pantaniemu, według którego “nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem” Tak jak w każdej innej dyscyplinie są zawodnicy lepsi i gorsi, tyle tylko, że ci, których oglądamy w wielkich tourach to realnie absolutna elita. Nawet, jeśli akurat mają gorszy dzień, zajmują drugie, piąte czy dwudzieste piąte miejsce.

Podczas tegorocznego Giro d’Italia trudne chwile przeżywa Vincenzo Nibali. Trzykrotny zwycięzca wielkich tourów podczas maratonu w Dolomitach niespodziewanie stracił do Stevena Kruijswijka i Estebana Chaveza. Górską czasówkę do Alpe di Siusi pojechał równie słabo, do tego przytrafił mu się defekt. Włoch a być może jego trener, Paolo Slongo prawdopodobnie drugi raz popełnił błąd w przygotowaniach. Tak jak na zeszłorocznym Tour de France Nibalemu brak dynamiki, póki co nie był w stanie odpowiadać na ataki rywali a prezentowane przez niego tempo na podjazdach odbiega od możliwie najwyższego.

Od pewnego czasu mamy dostęp albo do surowych danych pochodzących od samych kolarzy, albo do szacunków bliskich realnym wartościom. Dzięki temu wiemy, że na długich, alpejskich podjazdach najlepiej przygotowani zawodnicy są w stanie przez kilkadziesiąt minut utrzymywać moc w granicach 5,9-6,2W/kg masy ciała. Te minimalne różnice rzędu 0,1-0,2W/kg decydują o zwycięstwie lub porażce. Zawodowców, którzy choć kilka razy w roku są w stanie pojechać w taki sposób jest w porywach tuzin.

Ludzki organizm to nie maszyna. Delikatny stan homeostazy może zostać zaburzony, maksymalne obciążenia, jakim poddawani są zawodnicy nie zawsze dają takie same efekty. Gdyby było to możliwe, Alberto Contador nie przegrałby Touru z Froomem, Froome nie przegrałby Vuelty z Contadorem a Bradley Wiggins po zwycięstwie w TdF “ogoliłby” Giro przysłowiową “jedną nogą”. Z kolei ktoś taki jak Nibali w teorii mający za sobą wygrane Giro i Tour, gdzie prezentował mistrzowską formę powinien, w imię powtarzalności również w kolejnym sezonie „powinien” móc na kilku kluczowych podjazdach jechać przez te 40 minut 6W/kg. Tymczasem jedzie trochę słabiej.

Za nie dość “agresywną” jazdę często krytykowany jest Rafał Majka. Z kolei za nierówną formę obrywa się Michałowi Kwiatkowskiemu. Cadel Evans, który wydarł Andy’emu Schleckowi zwycięstwo w Tour de France w wieku 34 lat przez większą część swojej kariery obrywał od wielu ekspertów za pasywną, defensywną jazdę. A gdy kolarze po wprowadzeniu paszportów biologicznych musieli dostosować taktykę i sposób rozgrywania końcówek do nowej rzeczywistości wielokrotnie słyszałem i czytałem, że są do niczego, bo nie atakują wystarczająco “soczyście”. Za to Armstrong czy Ricco to byli goście, bo potrafili tak bezkompromisowo “skoczyć” na wiele minut przed metą.

Ba, nawet największy showman górskich etapów, Alberto Contador nie jest już tak fajny jak wtedy, gdy (prawdopodobnie) robił to, co większość jego rywali (czyli brał doping). Wciąż ma mentalność zwycięzcy, ale charakterystyczny “taniec” na decydujących podjazdach jest w stanie wytrzymać tylko przez kilka chwil, zyskując nad rywalami nie minuty a sekundy. I co? “Kiedyś było lepiej”.

Clue tej przydługiej wypowiedzi jest proste. Bez względu na to, jak rozstrzygnie się tegoroczne Giro, co wydarzy się na Tour de France czy jak wyglądały wiosenne klasyki zakładam, że sportowcy stając na starcie najważniejszych wyścigów sezonu chcę je wygrać. Albo osobiście albo pomóc swoim partnerom z zespołu. Gdy już jadą, to robią co mogą, by osiągnąć założony cel. A że nie zawsze w najwyższej formie są ci, po których się tego spodziewaliśmy albo wrażenie artystyczne jest nie dość dobre? Cóż, tym różnimy się od kiboli, że potrafimy to zrozumieć. Prawda?

Zdjęcie okładkowe: materiały prasowe RCS

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments