Czternaście lat zajęło Mario Cipolliniemu wygranie czterdziestu dwóch etapów Giro d’Italia. Ostatnie dwa, dzięki którym pobił rekord Alfredo Bindy przyszły włoskiemu sprinterowi z wielkim trudem. Nie zmienia to faktu, że “Super Mario” napisał super historię.

Trudno stwierdzić, czy Cipollini był większą gwiazdą mediów, czy większym kolarzem. Przychylę się do stwierdzenia, że jednak ważniejsze są jego osiągnięcia sportowe niż niebywała charyzma, styl i ego, dzięki którym stał się nie tylko wybitnym kolarzem, ale i wybitnym showmanem.

42 wygrane etapy Giro d’Italia, 12 zwycięstw na odcinkach Tour de France i 3 w hiszpańskiej Vuelcie dają Włochowi drugie miejsce za Eddym Merckxem w klasyfikacji na najskuteczniejszych kolarzy wygrywających odcinki wielkich tourów. Co ważne, póki co nie ma na horyzoncie kolarza, który mógłby zbliżyć się do tego wyniku. Z aktywnych zawodników mógłby o tym ewentualnie pomyśleć Mark Cavendish (26 razy wygrywał w Giro, 15 w Tourze i też tylko 3 razy w Vuelcie), ale cóż, jego kariera raczej zmierza do końca a kolejne triumfy nie przychodzą już tak łatwo jak kiedyś.

Skupmy się jednak na samym Cipollinim. “Super Mario” spopularyzował i doprowadził do perfekcji sposób rozgrywania sprintów, który do dziś próbują kopiować kolejni specjaliści finiszy z peletonu. Polega on na tym, że na końcowych kilometrach etapu kolejni kolarze z drużyny lidera-sprintera nadają tak mocne tempo, by uniemożliwić rywalom atak czy choćby próbę wyprzedzenia najważniejszej postaci w grupie.

Gdy zawodnicy jadą 60-70km/h przedostanie się na czoło wymaga olbrzymich pokładów energii, której później brakuje w sprincie, zatem idealne “rozprowadzenie” skutkuje tym, że na kilkaset metrów przed metą lider jedyne co musi zrobić to kilka razy mocno nacisnąć na pedały i unieść ręce w geście triumfu.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić. Aby to osiągnąć trzeba nie tylko zgromadzić zespół oddanych i mocnych pomocników, ale samemu móc wytrzymać takie tempo a następnie jeszcze trochę dołożyć od siebie.

Cipollini wraz z kolegami (w kolejnych latach kariery m.in. Giovannim Lombardim, Mario Scireą czy Paolo Fornaciarim) dominował na płaskich etapach wielkich tourów. “Czerwony pociąg” zespołu Saeco czy też drużyna Domina Vacanzae w kłujących w oczy pasiastych strojach skutecznie utrudniały rywalom nawiązanie walki z Mario Cipollinim.

Oczywiście w erze dominacji “Super Mario” sukcesy odnosili również inni sprinterzy a Erik Zabel, Robbie McEwan czy Alessandro Petacchi potrafili napsuć mu sporo krwi, ale przełom XX i XXIw był czasem Cipolliniego.

Alfredo Binda 3.jpg
By Unknown – Mondonico collection [1], Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=47766749

Alfredo Binda był z kolei włoskim mistrzem ścigającym się w latach ‘20 i ‘30 XXw. Pięciokrotnie wygrywał Giro d’Italia (1925, 1927, 1928, 1929, 1933) i w tym czasie zgromadził na swoim koncie niebotyczną liczbę 41 etapowych zwycięstw, co wydawało się osiągnięciem niebotycznym i niemożliwym do poprawienia.

Do sezonu 1999 włącznie, zatem ścigając się w Giro już od dekady, Cipollini wygrał 31 etapów, co dało mu drugie miejsce w historycznych tabelach włoskiego touru (na równi z Learco Guerrą, innym przedwojennym bohaterem), ale rok 2000 przyniósł załamanie formy i Ivana Quarantę, który robił na finiszach co chciał, doprowadzając “Super Mario” do sporej frustracji.

Lata 2001 i 2002 przyniosły odrodzenie Cipolliniego, który najpierw z Saeco a później z nowym sponsorem, Aqua e Sapone zdołał wygrać aż dziesięć odcinków swojego domowego touru. Doświadczony i niemłody już kolarz złapał drugi oddech i w sezonie 2002 zwyciężał w sumie 14 razy. Oprócz aż sześciu zwycięstw na etapach Giro d’Italia był także najszybszy w Mediolan San Remo oraz Gandawa – Wevelgem, wygrał trzy etapy hiszpańskiej Vuelty (pierwszy raz w karierze) a cały rok zwieńczył mistrzostwem świata zdobytym w holenderskim Zolder.

Kolarzem, który pomógł “Super Mario” sięgnąć po tęczową koszulkę był Alessandro Petacchi. Nowa, wielka gwiazda włoskiego sprintu za pracę w mistrzostwach świata zapłaciła sobie sama. Giro d’Itallia 2003, przed startem którego Cipollini był zaledwie dwa etapy od pobicia historycznego i wręcz legendarnego rekordu Bindy stało się sceną, na której błyszczała tylko jedna postać: właśnie Alessandro Petacchi. To on trzykrotnie triumfował w pierwszym tygodniu wyścigu a Cipollini od stóp do głów ozdobiony tęczowymi emblematami wydawał się słaby, powolny i zwyczajnie stary. Mityczny rekord zaczynał mu uciekać, ale w końcu, wielkim wysiłkiem “Super Mario” najpierw wyrównał a potem potem poprawił rekord, notując kolejno 41 i 42 drugie zwycięstwo etapowe w Giro d’Italia.

O tym, że zrobił to w ostatniej chwili świadczy upadek i kontuzja, jakiej doznał zaledwie dzień później. Na dziesiątym etapie, będący w glorii chwały rekordzista i panujący mistrz świata na tyle poważnie wywrócił się na śliskiej szosie, nad którą przeszło oberwanie chmury, że już nigdy nie powrócił do dawnej dyspozycji. W wieku 36 lat i bez dodatkowej motywacji, która mogłaby go jeszcze przez jakiś czas napędzać, Cipollini nie wygrał już żadnego etapu wielkiego touru i w ogóle żadnego wyścigu wyższej kategorii (udało mu się jedynie w Tour Mediterranean, Katarze i Georgii oraz w prowincji Lucca).

Tak czy inaczej, charyzmatyczny i niewątpliwie wybitny kolarz zdołał osiągnąć wynik, który być może jest maksimum możliwości, jeśli chodzi w zwycięstwa etapowe w wielkim tourze. Jak sam skromnie zauważył, przy Bindzie, kolarzu wszechstronnym i poza etapami wygrywającym klasyfikację generalną, rekord sprintera-specjalisty nieco traci na wartości.

Bez względu na to, jak również na fakt, że Cipollini po swoje wygrane sięgał w “erze EPO”, jego wpływ na kolarstwo jest nie do przecenienia. Być może “czerwony pociąg” zastosowałby w końcu kto inny, ale to właśnie Włoch zdominował kolarski sprint na prawie 15 lat i to on stał się ikoną tej specjalności. Na zawsze.

Zdjęcie okładkowe: Eric HOUDAS, wikimedia commons, CC BY SA 3.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments