Być może Paryż-Roubaix będzie w tym roku rozegrany w deszczu, błocie i chłodzie. Żądni wrażeń fani zacierają sobie ręce na wyjątkowe widowisko. “Rzeź na brukach” zawsze przechodzi do historii kolarstwa.

Jest coś takiego w kibicach sportu, co każe im oczekiwać, że ich idole będą zmuszeni do walki w ekstremalnych warunkach. Anglosasi takie dni, gdy woda wiadrami leje się z nieba, błoto sięga kostek lub pod koniec maja śnieg zasypuje szosy określają jednym, uniwersalnym słowem “epic”. Po polsku to błąd językowy, trzeba się nieco nagimnastykować, używając innych epitetów określających wydarzenie nietypowe, spektakularne i na długo zapadające w pamięć.

Takie właśnie są wyścigi Paryż-Roubaix rozrywane w trudnych warunkach atmosferycznych.

Już sama jazda rowerem szosowym po kolejnych odcinkach brukowanych, polnych dróg jest trudna. Na liczącej ok. 250km trasie jest ich niemal 30 o łącznej długości ponad 50km. Gdy spadnie deszcz, normalnie wymagające szczęścia, wytrwałości, siły, doświadczenia i właściwej techniki jazdy sektory stają się wielokrotnie trudniejsze.

“Dobra technika” zmienia się w konieczność wykazania się niemal cyrkowymi umiejętnościami jazdy na 25-28mm oponkach po śliskiej, błotnistej mazi. Widoczne, gdy jest sucho ubytki, dziury i koleiny skrywają się w kałużach, zatem łatwiej o defekt i upadek. “Na mokro” w nawet najbardziej odporne szytki wszystkie ostre przedmioty wchodzą jak w masło. Do tego pobocza, których kolarze często używają by ominąć najbardziej zdradliwe miejsca lub po prostu na chwilę odetchnąć, stają się nieprzejezdne. Oklejone mokrą ziemię rowery i namoknięte stroje ważą więcej, napędy pracują mniej precyzyjnie, hamulce przestają działać. Na twarzach zawodników zastyga błotna maska a fontanny chlapiące spod kół rywali utrudniają widzenie.

Całość faktycznie tworzy niezapomniany spektakl, lecz dla jego aktorów to szczególny rodzaj wyzwania.

Ostatni raz coś takiego mogliśmy oglądać podczas Tour de France 2014. Pokaz siły i umiejętności dali wtedy kolarze Astany. Vincenzo Nibali, późniejszy triumfator całego wyścigu, na prowadzącym przez bruki Paryż-Roubaix etapie, przy pomocy Jakoba Fuglsanga i Lieuwe Westry zdobył przewagę nad najważniejszymi rywalami i ustawił taktycznie cały wyścig. Włoch popisał się odpornością na trudne warunki pogodowe oraz świetnym opanowaniem roweru na śliskim od wody i błota bruku.

To ciekawe o tyle, że dla odmiany podczas właściwego Paryż-Roubaix zawodnicy nie ścigali się po błocie od 2002r (wygrał wówczas Johan Musseuw). Było to jedyne mokre “Piekło Północy” Toma Boonena (w swoim debiucie zajął trzecie miejsce), Fabian Cancellara ani razu nie ścigał się tam w podobnych warunkach, nie licząc deszczowego etapu Tour de France.

Kto wie, być może gdyby nie pogoda, Szwajcar nie miałby na swoim koncie trzech pierwszych, dwóch drugich i jednego trzeciego miejsca w tym najsłynniejszym z klasyków. Cancellara opanował do perfekcji wykorzystanie generowanej przez siebie mocy gdy jest sucho, na mokrym, podczas Touru musiał jechać z nieco niższą kadencją by utrzymać przyczepność, przez co, jak twierdzi, przegrał tamten etap.

Czy zatem “suche” Paryż-Roubaix w ostatnich kilkunastu latach były mniej emocjonujące niż te, gdy padał deszcz? Cóż, chyba niekoniecznie. O tym, jak przebiega rywalizacja decydują przecież sami kolarze.

Owszem, określony rodzaj warunków bywa dodatkowym czynnikiem, który może zostać wykorzystany do uzyskania przewagi. Są zawodnicy lepiej czujący się w upale, mniej cierpiący w chłodzie, ci o lepszej technice jazdy czy większej odwadze.

W wielu przypadkach zła pogoda jest jednak elementem, który wypacza lub nawet uniemożliwia prawidłowe przeprowadzenie zawodów. Stosowany od niedawna “protokół ekstremalnych warunków pogodowych” daje szansę skrócenie lub odwołanie zawodów, gdy niekorzystna aura zagraża zdrowiu czy nawet życiu kolarzy.

Warto zauważyć, że choć trudne warunki wielokrotnie były przyczyną poważnych w skutkach kraks (np. podczas Giro d’Italia 2013 u podnóża Montecassino), do śmiertelnych wypadków dochodziło zawsze w pełnym słońcu.

Zresztą Paryż-Roubaix nie jest imprezą, gdzie “protokół” znalazłby zastosowanie. Owszem, w szczególnych przypadkach peleton omija wybrane sektory bruku, ale ten wyścig z założenia ma sponiewierać kolarzy a w kibicach wyzwolić pierwotne instynkty. To jeden z tych dni w sezonie, gdy “im gorzej, tym lepiej” a choć deszcz w kwietniu w okolicach Roubaix jest pewnego rodzaju anomalią (to najsuchsza pora roku w tym rejonie), “błotna masakra” jest czymś, na co co sezon czekają tysiące fanów kolarstwa.

Zdjęcie okładkowe: franzconde, flickr, CC BY 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments