Znane powiedzenia o tym, że nie ma złej pogody na rower, są tylko złe ubrania, ewentualnie że pogoda na rower jest tylko dobra lub bardzo dobra to bzdurka. Są takie dni, gdy rower lepiej zostawić w spokoju i zająć się czymś innym.

Kolarze to twardziele, a nawet jeśli w głębi duszy nie, to i tak presja społeczna robi swoje. Zasada numer 9 z zestawu rozpowszechnianego przez Velominati wyraźnie wskazuje, że jazda w trudnych warunkach jest cnotą samą w sobie.

Cóż, jak mówi inny, tym razem polski slogan “Trening musi zostać odbyty”. Deszcz, mróz czy upał, nie ma co wymiękać, tylko zapierdalać jeździć.

Przychodzi jednak taki dzień, gdy aura naprawdę staje się niekorzystna a wyjście na rower zwyczajnie traci sens. Jasne, nawet trening w wichurze czy przy trzaskającym mrozie może być w ten czy w inny sposób korzystny, budujący a przy odpowiednim podejściu nawet przyjemny. No dobra, nie przyjemny, ale koniec końców zostawiających pozytywne wspomnienia, nastrój i poprawiający morale.

Mówię o sytuacji, gdy bilans zysków i strat robi się zwyczajnie niekorzystny a jazda staje się szkodliwa dla zdrowia lub zwyczajnie niebezpieczna. I nie mam tu na myśli kontrolowanego podejmowania ryzyka na ekstremalnych szlakach, tylko narażania się na wypadek w sytuacji, gdy bez uszczerbku na honorze można w tym samy czasie wykonać równie dobrą pracę, dobrze się bawić i nie narażać na kłopoty.

Dla szosowca problematycznym tematem będzie np. gołoledź. Wtedy naprawdę lepiej zostawić szosówkę w domu i, jeśli ma się się taką możliwość, pojeździć rowerem górskim albo przełajowym w terenie.

Czasem potrafi sypnąć śniegiem na tyle, że zarówno drogi jak i leśne ścieżki będą nieprzejezdne. Wtedy lepiej pobiegać, na nogach albo na nartach lub pójść na wycieczkę. Podobnie wygląda sprawa, gdy chwyci ponadprogramowo mocny mróz. Są temperatury, na które nie ma ubrań kolarskich, chyba, że myślimy co najwyżej o kilkudziesięciominutowej przejażdżce. Przy dużym mrozie trening przestaje mieć sens a jazda turystyczna zaczyna być zwyczajnie przykrym doświadczeniem.

Jeśli uważacie, że użycie takiego zamiennika to zły pomysł, to weźcie przykład z najlepszych. Całe szczęście mamy social media a czołowi kolarze dzielą się z nami wrażeniami z treningów. Np. Maja Włoszczowska zamiast marznąć na rowerze poszła w góry i nie sądzę, by wyszła na tym źle. Wielu kolarzy zimą biega na nartach, chodzi na rakietach albo buduje wydolność na skiturach. Bardzo sensownie napisał o tym niedawno Robert Banach, którego linkowałem w jednym z wydań Loverove.

A co, jeśli musisz wykonać ćwiczenie na wysokiej intensywności, jest połowa marca i nie ma przebacz, musisz wsiąść na rower? Przy marznącym deszczu, temperaturze ledwo tylko przekraczającej zero stopni, śliskiej szosie nie tylko nie wykonasz właściwie treningu, bo tętno nie osiągnie odpowiedniej wartości a i mocy nie rozwiniesz takiej jak trzeba, ale też nierozgrzane mięśnie będą bardziej podatne na kontuzję. Wtedy zostaje trenażer, z którym wcześniej czy później i tak trzeba będzie się przeprosić.

Najważniejsza kwestia to ta, że próg odporności na zimno, czy umiejętności techniczne umożliwiające jazdę w trudnych warunkach każdy ma inne. To sprawa mocno indywidualna, wiele zależy również od kontekstu.

UCI wprowadzając swój “Extreme Weather Protocol” nie ustaliła sztywnych reguł. Komisja decydująca o tym, czy wyścig należy skrócić, odwołać albo kontynuować zbiera się w sytuacji, gdy zdrowie i bezpieczeństwo kolarzy mogą być zagrożone a następnie, zależnie od rozwoju sytuacji ocenia co zrobić dalej.

Zdrowy rozsądek i jakkolwiek refleksyjne podejście do sprawy to podstawa. Wychodzenie ze strefy komfortu by poprawić swoje wyniki to jedno, ale nie ma zbyt wiele wspólnego z  bezsensownym zgrywaniem twardziela na pokaz.

ZOSTAŃ PATRONEM XOUTED

O tym, co to jest Patronite, do czego służy i czemu właściwie proszę Was o wsparcie przeczytacie tutaj. A klikając w banner poniżej możecie zobaczyć mój profil i zrobić zrzutę na dobrą treść o kolarstwie:

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments