To fajne, gdy standardowe dyskusje około kolarskie wracają niczym bumerang. Swoistym evergreenem są rozkminy o tym, jaką ma start na różnych dystansach maratonów mtb.

Flejm rozpoczął Tomek Hoppe swoim wideofelietonem.

Pewnie dotarł i do Was. Cóż, z mojego punktu widzenia, jakkolwiek nie nazywałby się dystans na imprezie maratonowej, nie ma to znaczenia. I tak wystartuje na nim zawodnik wyczynowy i posprząta.

W cross country na zawodach rangi wyższej niż podwórkowa sędziowie stosują “zasadę 80%”. Oznacza ona, że jeśli zawodnik traci do lidera więcej niż 80% czasu, jaki ten uzyskał na pierwszym okrążeniu, jest zdejmowany z trasy. Ma to sprawić, że potencjalnie zdublowani kolarze nie będą przeszkadzali czołówce w walce o pierwsze miejsca. Zarówno zdublowani jak i podlegający 80% są klasyfikowani, w wynikach widnieje po prostu “-1” (lub więcej, jeśli ten przykry fakt wydarzył się wcześniej niż na przedostatnim okrążeniu). Realnie rzecz ujmując, lider rundę jedzie 15-20 minut. Jeśli po trzech okrążeniach, czyli 45-60 minutach jazdy tracisz 20% do zwycięzcy, to albo już masz dubla, albo łapiesz się na “80%” i cię ściągają.

Jeśli zastosować zbliżoną zasadę podczas maratonów i – dla uproszczenia – zdejmować z trasy tych, którzy tracą do lidera więcej niż 20% na kolejnych międzyczasach, to byłby koniec maratonów jako imprez masowych a przy tym istna rzeź niewiniątek, odsianie ziaren od plew i chłopców od mężczyzn.

Weźmy na tapetę kilka popularnych imprez. W sezonie 2015 podczas Bikemaratonu w Wiśle (13.06) na dystansie Mega międzyczas na 19km przetrwałoby nie więcej niż 40 osób. Na mecie 20% straty do zwycięzcy miało około 25 osób. Ukończyło 450. Na dużym dystansie, który w Wiśle był wyjątkowo hardcorowy (ukończyło 67 osób), Piotr Brzózka narzucił mocne tempo, w związku z czym na 19km na trasie zostałoby 11 zawodników, a na 42km 10Na mecie Mini w 20% straty do zwycięzcy zmieściłoby się 25 osób.

W szybszych, zatem teoretycznie łatwiejszych Zdzieszowicach (9.05) na Mega po 17km jazdy w grze byłoby jeszcze 70 osób (na 766, które ukończyły) a na mecie w 20% zmieściłaby się setka. Z kolei na długim dystansie do pierwszego międzyczasu dotrwałoby ok. 50 osób (na 200) i taki stan utrzymałby się do mety. Na mecie Mini w “20%” zmieściłoby się około 40 rowerzystów (do mety dotarło 557).

Kontynuując tę zabawę sprawdziłem wyniki na tych samych imprezach w sezonie 2016. Podczas Bikemaratonu w Wiśle (21.05.2016) na dystansie Mega do 31km dojechałoby 31 zawodników a na mecie 45km dystansu w limicie zmieściłoby się 27 kolarzy. W wynikach dystansu widnieje 405 osób. Na Giga Adrian Brzózka na 31km zostawiłby na trasie zaledwie 11 osób a do mety dotarłobyw sumie dziesięć osób. DZIESIĘĆ! Nieco mniejszą „rzeźnię” zrobił na Mini Mateusz Mucha, który w „20%” zostawił 45 osób.

W Zdzieszowicach (21.05) na dystansie Giga Bartosz Janowski oszczędził 38 uczestników, na Mega Piotr Kurczab rekordowe 116 a na Mini Mateusz Mucha 58.

Wniosek? Sensowne tempo, nazwijmy je “zawodniczym” jest w stanie trzymać niewielka część startujących w maratonach uczestników. Bez względu na dystans, trasę czy frekwencję. Nie ma w tym nic złego. Co do zasady maratony nie są przecież imprezami sportu kwalifikowanego. To komercyjne wydarzenia o charakterze masowym. “Wyłonienie najlepszych zawodników” jest tylko jednym z wielu podpunktów w regulaminowej części “Cel zawodów”. Zazwyczaj wyżej niż rywalizację znajdziemy “poprawę kondycji fizycznej”, “promocję zdrowego trybu życia”, “propagowanie piękna regionu” i tym podobne.

Z drugiej strony te właśnie imprezy masowe, przez wspomnianą wyżej garstkę są traktowane jak pełnoprawne wyścigi. Cóż, nasze XC dopiero się odradza, maratony skutecznie wypełniły pustkę, gdy cross country niemal wyparowało z kalendarza. Kto chciał się ścigać na rowerze górskim, musiał startować w maratonach. Co więcej, maratony dają szansę poczuć, co to sportowa rywalizacja szerszej grupie osób: organizatorzy nie wymagają licencji, mnożą kategorie wiekowe, dodają specjalne kategorie “branżowe” (dla leśników, policjantów, pracowników reklamy, dziennikarzy, zatrudnionych w elektrowniach i wielu, wielu innych). Skoro ktoś rozdaje medale i przyznaje tytuły, to nie ma co winić ludzi, którzy po nie sięgają. Trudno się dziwić, że mając do wyboru przykładowe “Mistrzostwa Energetyków” rozgrywane niedaleko domu, kolarz nie pojedzie na drugi koniec Polski by ścigać się “O Puchar Wójta”, choćby był tam najlepszy wyścig w powiecie.

Dorabianie ideologii do danego typu zawodów, dystansu, hardkorowości trasy czy innych elementów jest bez sensu. Wyścigów o realnym prestiżu w tym kraju jest raptem kilka. Różnice między Mazovią a Bikemaratonem są głównie w głowach uczestników, zwłaszcza tych tracących więcej niż 20% do zwycięzcy. Jasne, fajnie jest się pościgać w górskim terenie, ale z drugiej strony o poziomie sportowym w dużej mierze decyduje nie to po czym a kto i jak szybko jedzie.

Mam w pamięci wywiad z organizatorem Maratonu Londyńskiego (biegowego), który wprost powiedział, że czuje się dziwnie wręczając medal i uznając za maratończyka kogoś, kto pokonał 42km ulicami miasta w siedem godzin. Jedynym powodem, by tak zrobić były naciski sponsorów: dzięki wydłużonym limitom mogą padać kolejne rekordy frekwencji. Te z kolei sławią imię sponsora.

Nawiązując do kolarstwa, być może pokonanie trasy “górskiego maratonu” w siedem godzin, wiele godzin za zwycięzcą, jest pewnego rodzaju heroizmem i niewątpliwie zalicza się do wyzwań natury fizjologicznej. Ze sportowego punktu widzenia jest jednak warte tyle samo, co jazda na mini czy gdziekolwiek indziej. Ma w sobie za to wiele pozytywnych elementów, np. tych, które są zawarte w celach regulaminów imprez masowych. Zatem nie ma co robić facepalma, tylko wziąć się za trening i zacząć mieścić się w 20% starty do zwycięzcy :)

Zdjęcie okładkowe: Trolle autorstwa Johna Bauera, domena publiczna

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments