Pamiętacie takiego kolarza jak Oscar Sevilla? Miał być cudownym dzieckiem hiszpańskiego sportu, tymczasem po dwóch przegranych Vueltach najpierw stał się pomocnikiem a następnie jego kariera się załamała po odkryciu współpracy z Eufemiano Fuentesem. Obecnie ma 38 lat i ciągle się ściga, choć z dala od prestiżowego World Touru.

W 1998r dwudziestodwuletni Sevilla związał się z drużyną Kelme. W tamtych czasach ekipa prowadzona przez Vicente Beldę słynęła z jazdy w górach i właśnie ta specjalność była domeną młodego kolarza. Już w drugim sezonie jako zawodowiec zwyciężył na etapie Tour de Romandie a w kolejnym potrafił przyjeżdżać w ścisłej czołówce najtrudniejszych etapów hiszpańskiej Vuelty oraz Dookoła Katalonii.

Jako dwudziestopięciolatek został jedną z rewelacji Tour de France, wygrywając klasyfikację młodzieżową i zajmując siódme miejsce w klasyfikacji generalnej. Gdy Lance Armstrong głęboko spojrzał w oczy Jana Ullricha by zaraz potem zniszczyć rywali swoim słynnym “młynkiem” na serpentynach Alpe d’Huez, Oscar Sevilla był tuż za nimi! Podobnie było na etapie do Luz Ardiden i choć zdarzyły mu się gorsze dni, całościowy obraz formy Hiszpana przedstawiał się imponująco.

Ponieważ były lider Kelme, Roberto Heras i zwycięzca Vuelty z 2000r został podkupiony przez US Postal, Fernando Escartin w poszukiwaniu lepszego kontraktu związał się z Team Coast a Alejandro Valverde był jeszcze młodzieżowcem, miesiąc po zakończeniu Wielkiej Pętli Sevilla został kapitanem drużyny podczas swojego narodowego touru.

Na trasie Vuelta a Espana 2001 jechał rozsądnie i ekonomicznie, korzystając z błędów rywali, bez zwycięstwa etapowego prowadził w klasyfikacji generalnej. Gwiazdą górskich odcinków był Jose Maria Jimenez, jednak jego niestabilna dyspozycja sprawiła, że Sevilla odliczał dni do końca wyścigu ciesząc się jazdą w złotej koszulce lidera. Jedynym zagrożeniem był dla niego bardziej doświadczony Angel Casero. Zawodnik Festiny spisywał się solidnie, minimalizując straty w górach i nieznacznie nadrabiając nad Sevillą w jeździe na czas. Różnice nie były jednak na tyle duże, by młodszy z Hiszpanów nie mógł myśleć o obronie prowadzenia. Tymczasem na ostatnim etapie, długiej, 38km czasówce przegrał z Casero o ponad minutę a tym samym cały wyścig o 47 sekund.

Rok później Sevilla nierówno jechał w Wielkiej Pętli (dobrze poradził sobie w Pirenejach, ale wycofał się w Alpach), zatem znów Vuelta stała się jego najważniejszym celem. Vicente Belda obiecał mu, że będzie jedynym liderem zespołu. Rywalizacja miała rozgrywać się między nim a Roberto Herasem. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że Heras był wcześniej kolarzem Kelme. Wszystko wyglądało dobrze: Sevilla, choć znów bez wygranej etapowej prowadził w “generalce” i początkowo nie przeszkadzało mu, że kolega z zespołu, Aitor Gonzalez, choć mocny na czas, może być dla niego zagrożeniem.

Heras odrodził się na piekielnie stromym Alto de L’Angliru, gdzie objął prowadzenie w wyścigu a ku zaskoczeniu wszystkich Sevillę dodatkowo zaatakował Gonzalez. Ten z kolei był z dnia na dzień mocniejszy, zarówno Herasa jak i Sevillę zdeklasował podczas finałowej czasówki co dało mu zwycięstwo w całej Vuelcie. Wyrazem bezsilności naszego dzisiejszego bohatera stały się kolejne defekty trapiące go podczas decydującej próby. Nie tylko nie odrobił czasu do Goznaleza, ale też przegrał z Angelem Casero.

Zniechęcony tą sytuacją i trapiony kontuzjami w 2004r Oscar Sevilla podpisał kontrakt z grupą Phonak, gdzie znakomicie pojechał w Criterium du Dauphine (3. miejsce) a następnie na dwa sezony zakotwiczył w T-Mobile. Tam miał wspomagać Jana Ullricha w walce z Lancem Armstrongiem. Niestety dla niego, lider Telekomu miał wahania formy, jednak współpraca obu panów, zwłaszcza na pirenejskich etapach 2005r była całkiem owocna.

Jak się później okazało, dobra jazda zarówno Ullricha jak i Sevilli miała tę samą przyczynę. Była nią współpraca z hiszpańskim hematologiem, Eufemiano Fuentesem. Obaj kolarze korzystali z jego usług, co zostało ujawnione w ramach śledztwa pod słynnym kryptonimem “Operation Puerto”. Sevilla został więc wydalony z T-Mobile, jednak dzięki pobłażliwej polityce lokalnych organów dyscyplinarnych, realnie rzecz ujmując nigdy nie został zdyskwalifikowany.

W ekipach z najwyższej półki był jednak “spalony”, co nie przeszkodziło mu w kontynuowaniu kariery. Od “Afery Puerto” minęło już dziewięć lat a Sevilla ściga się nadal. Co prawda kilka poziomów niżej: zatrudnienie znajdował m.in. w słynnym Rock Racing, przystani kolarskich “chuliganów” (a raczej byłych dopingowiczów) a następnie zespołach z Ameryki Południowej.

W 2005r naciskał na Marka Rutkiewicza w Tour of Quinghai Lake (zajął piąte miejsce, Polak był drugi), pojawiał się na trasach wyścigów w USA, trzykrotnie zwyciężył też w Vuelta a Colombia (także w bieżącym sezonie!). Jak więc widać z kolarstwem związany jest nadal, i mimo trzydziestu ośmiu lat wciąż potrafi wygrywać.

Tak jak w wielu podobnych przypadkach trzeba zapytać, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby kontrakt zawodowy podpisał w innych okolicznościach? Czy wystarczyłoby mu talentu, by jeździć na podobnym poziomie? Czy w ogóle znalazłaby się w gronie zawodowców? Wreszcie, czy gdyby oparł się pokusie, w erze “paszportów biologicznych” tak jak np. Alejandro Valverde byłby w stanie utrzymać się na topie?

Zdjęcie okładkowe: nuestrociclismo.com, wikimedia commons, CC BY SA 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments