Kiedyś oglądanie kolarstwa było proste. Zawodnicy atakowali, uciekali, dokonywali tych samych czynów co teraz, ale my nie mieliśmy nawet części wiedzy, dlaczego tak się dzieje. Doping zmienił sport w równym stopniu, co internet jego postrzeganie.

Rok 1998. Marco Pantani ucieka rywalom na etapie do Val Gardeny. Zdobywając koszulkę lidera oddaje zwycięstwo dnia Giuseppe Guerniemiu. W tle słynna “Marmolada”, o której pięknie opowiadają komentatorzy. Mam wtedy szesnaście lat. Oglądam i słucham z zapartym tchem. Pantani jest dla mnie herosem, nie mam wątpliwości, że jest wybitną postacią, geniuszem sportu.

Maj 1999, dwanaście miesięcy po tych wydarzeniach. Sanktuarium Oropa. Tenże Pantani w rewelacyjnym stylu wyprzedza kolejnych konkurentów w szaleńczym pościgu będącym następstwem defektu. Tegoroczny wyczyn Alberto Contadora na przełęczy Mortirolo, choć również emocjonujący, blednie przy stylu Włocha.

Lipiec 2001, Alpe d’Huez. Lance Armstrong patrzy głęboko w oczy Janowi Ullrichowi, włącza swój słynny młynek i miażdży konkurencję. Kolarski świat jest w szoku. Ja jestem pod wrażeniem, ale pojawia się drobna niepewność o granice ludzkich możliwości.

Latem 2003 na francuskich szosach rozgrywa się prawdziwa bitwa. W żyłach kolarzy płynie świeżo przetoczona krew. Muskularne sylwetki podjeżdżają w zadziwiająco szybkim tempie. Choć spektakl jest rewelacyjny, nikt już chyba nie ma wątpliwości, co jest grane, jednak otwarcie się o tym nie mówi. Wyścig wciąż jest fascynujący, lecz ogląda się go bardziej jak film akcji niż sportowe igrzyska.

Wiosna 2015. Po aferach Festiny, Puerto, Oil for Drugs, spowiedziach Vaughtersa, Hamiltona, Armstronga, śmierci Pantaniego, Jimeneza i Vandenbrucka, dyskwalifikacjach Landisa, Contadora, Herasa czy Basso każdy obrót korbą jest dogłębnie analizowany.

Nie przez komentatorów telewizyjnych, nie przez dziennikarzy prasowych. Ci w większości nadal cytują widzom i czytelnikom dostarczone przez organizatorów roadbooki i wymieniają statystyki z przeszłości.

Społeczność kibiców kolarstwa sama mierzy czasy, szuka nieprawidłowości, znajduje zakopane na stronach UCI dokumenty. Każdy podjazd jest dokładnie zmierzony, moc oszacowana. Znamy zestawy przełożeń i choć nie wiemy, jakimi substancjami posiłkują się zawodnicy, kolarstwo pozbawione jest dawnej magii. Zwłaszcza, że o zabytkach i pomnikach przyrody równolegle z transmisją czytamy na wikipedii.

Doświadczenie z czystko emocjonalnej fascynacji zmieniło się w paranaukową analizę. Trudno oglądać archiwalne nagrania bez poczucia obrzydzenia a przynajmniej sporej ambiwalencji. Relacje na żywo są z kolei zawsze podszyte pytaniem “a co jeśli oni znowu to robią”. To nic odkrywczego, ale błogi stan nieświadomości był całkiem przyjemny. Co nie zmienia faktu, że za nim nie tęsknię.

Wideo okładkowe przedstawia wspomniany w tekście etap Giro d’Italia z metą w Val Gardenie

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments