Wyobraź sobie, że przed sezonem planowałeś wystartować w swoim ulubionym ogórku. Albo nawet serii ogórków. Miało być jak zawsze, a tymczasem u progu sezonu ogórek wypada z kalendarza. To nie będzie historia żadnego, konkretnego wyścigu. To historia o wyścigach xc, szosowych, amatorskich, zawodowych a nawet tych z pogranicza zawodowstwa.

Przypadek pierwszy to seria lokalnych zawodów xc. Z wieloletnią tradycją, ceniona przez wierną grupę uczestników. Jeszcze za czasów mojej pracy w bikeWorld.pl próbowałem kontaktować się z organizatorem z prośbą o nadsyłanie wyników i krótkich notek prasowych. Uważałem, że warto promować dobrą, lokalną inicjatywę. Zawsze pozostawało to bez odpowiedzi. Po swoim powrocie do sportu i pisania o kolarstwie podjąłem kolejną próbę. Chciałem zrobić wywiad, by pokazać, że można utrzymać się na rynku mimo niewielkiego budżetu i działania w niszy. O serii zawodów nie pisze niemal nikt, a żale na ten fakt kilkukrotnie mimochodem słyszałem w kuluarowych rozmowach. Organizatorzy jednak, poza samym trudem przygotowania imprez nigdy nie zadali sobie minimum wysiłku, by wyjść ze swojego pudełka i rozejrzeć się po świecie. Zaprosić, poinformować, opowiedzieć. W tym roku, z cyklu o niegdyś imponujących rozmiarach pozostała symboliczna, kadłubowa forma.

Jakiś wyścig. Gdzieś.

Przypadek drugi to wyścig zależny ściśle od lokalnych środków, głównie samorządowych. Lokalny klub, zazwyczaj dzięki osobistym znajomościom jest w stanie “wymęczyć” kilka tysięcy z gminnego budżetu. Parę groszy dołoży też lokalna restauracja, serwis samochodowy a resztę w czynie społecznym zrobią strażacy i dyrektor szkoły. Regulamin zawodów jest skserowany, strona www, jeśli w ogóle istnieje jest aktualizowana raz do roku i wygląda jak z końca lat ‘90 ubiegłego stulecia. Ponieważ informacje o imprezie podawane są pocztą pantoflową, frekwencja nie powala, chyba, że wydarzenie zyska rangę regionalnych mistrzostw lub eliminacji Olimpiady Młodzieży. Przy dobrym obrocie sprawy o wyścigu napisze lokalny tygodnik. Niestety w kolejnych wyborach samorządowych do rady gminy dostaje się fan piłki nożnej a nie wujek kolarza, zatem fundusze z lokalnego budżetu są przekazane na remont ławki rezerwowych na okolicznym boisku. Miesiąc przed sezonem okazuje się, że w kasie klubu jest pusto, lokalni przedsiębiorcy ledwo wiążą koniec z końcem, więc zawody wypadają z kalendarza. Wszyscy psioczą na system.

Trzecia sytuacja to impreza z oficjalną katergorią UCI. Jedna z wyżej notowanych w regionie. Ze sporą tradycją, budżetem, choć dopiętym w ostatniej chwili, to jednak spełniającym kryteria międzynarodowej federacji. Przez ostatnie lata przy trasie pojawiało się grono lokalnych mastersów a dla równowagi także kilku żuli. Peleton najlepszych zawodowców: polskich, niemieckich, czeskich i ukraińskich przez kilka dni ścigało się o punkty i pieniądze. Media rowerowe, skupiające się na maratonach mtb, skoro nie dostały notki prasowej od organizatora, ignorowały imprezę, mimo, że jedną z gwiazd był zwycięzca kilku etapów Tour de France. Grono zacnych sponsorów, poza ekspozycją logotypów i barterowymi fakturami nie odniosło żadnej, realnej korzyści ze wsparcia zawodów kolarskich. Kurczący się z roku na rok budżet (“nie damy więcej, przecież jest kryzys”) w końcu nie wystarczył na opłaty dla UCI, zatem nastąpiła degradacja do najniższej możliwej kategorii. Na starcie nie pojawiają się już nawet byłe gwiazdy, zamiast nich mamy amatorów, którzy są tłem dla polskiej czołówki. Ta prestiż zawodów uznaje głównie z przyzwyczajenia i w ramach redukcji dysonansu poznawczego.

Jeśli rozejrzycie się wokół siebie, takich przypadków znajdziecie kilka, kilkanaście a może kilkadziesiąt. Wyścigi upadają, znikają, zwijają, degradują się. Dominującym uczuciem jest frustracja i bezsilność, brakuje za to spojrzenia na przyczyny. Niestety, klimat i czasy mamy takie, że bez promocji sukces jest mało możliwy. Zawody kolarskie, mimo osiągnięć Kwiatkowskiego i Majki same w sobie nie są szczególnie atrakcyjne, zwłaszcza na szczeblu regionalnym czy nawet ogólnopolskim potrzebują czegoś więcej niż samego istnienia. Chyba, że będziemy o nich myśleć wyłącznie w kategoriach nawet nie hobby a tymczasowej rozrywki i jednorazowego „eventu”, który jeśli się uda powtórzyć to fajnie a jeśli nie, to trudno.

Zdjęcie okładkowe: Brian Townsley, flickr, CC BY 2.0. W tekście celowo nie używam obrazków z polskich imprez.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments